Szefowa – w kinach

Mówi się, żeby nie oceniać książki po okładce. Po ostatniej wizycie w kinie zaczęłam wyznawać jeszcze jedną zasadę – nie oceniaj filmu po trailerze. Oglądając zapowiedzi wchodzących na duże ekrany nowości od razu zwróciłam uwagę na "Szefową". Szalony rudzielec, wredna szefowa i przede wszystkim jedna z najbogatszych kobiet w Stanach Zjednoczonych zjeżdża na scenę na złotym feniksie, żeby wygłosić motywacyjną mowę dla wpatrzonego w nią tłumu. Bardzo amerykańskie, ale też przemawiające do wyobraźni.

W wyobraźni miałam obraz czarnej komedii, takiej wbijającej w fotel i gorzkiej niczym mocna kawa. Wyobrażałam sobie opowieść o silnym charakterze, złym i zepsutym przez blichtr wielkiego świata do szpiku kości. Takie postaci zawsze są najciekawsze, jednocześnie budzą w nas grozę, może nawet odrazę, a jednocześnie pewien rodzaj niezdrowej i wręcz obsesyjnej fascynacji. Zapowiadało się nieźle, kobieta sukcesu, która zbudowała wokół siebie całe imperium. Kobieta pirania, żądna krwi i władzy, która w walce z konkurencją nie cofnęła się nawet przed popełnieniem przestępstwa, trafiając do więzienia za przestępstwa finansowe. Zapowiadało się nieźle, ale w tym miejscu moje wyobrażenia niestety zetknęły się z rzeczywistością. Ten silny charakter, odbudowując swoje imperium założył kuchenny fartuszek i zaczął piec ciasteczka. Jak to często w filmach bywa zrzucenie maski złego bohatera i odsłonięcie maski osoby ciężko doświadczonej przez los było nieuniknione. Czarna opowieść o losach imperium zmieniła się w kolejną nieco naiwną opowieść o duchowej przemianie, odnajdywaniu w sobie ludzkich uczuć i zdobywaniu przyjaciół.

Jeżeli to prawda, że największym grzechem są niewykorzystane szanse to Ben Falcone będzie się smażył w reżyserskim piekle. Mógł stworzyć naprawdę dobrą czarną komedię, albo nawet komedio-dramat, scenariusz miał potencjał. Zamiast tego powstała kolejna bardzo przeciętna komedia, niby śmieszna i niby familijna. Ciężko jest właściwie określić kto jest adresatem tego filmu. Dorośli będą znudzeni zbyt przewidywalną i schematyczną fabułą, a dzieci zażenowane kilkoma wulgarnymi scenami i aluzjami.

Niezaprzeczalną zaletą "Szefowej" jest obsada, a w szczególności Melisa McCarthy w roli zwariowanej kobiety sukcesu oraz Kristen Bell, grająca samotną matkę w powyciąganym swetrze. Mogłabym napisać, że film jest dobrze obsadzony i źle zagrany, ale nie będę złośliwa.”Melisa gra Melisę” jej postać jest podobna do tych, które już wcześniej udało jej się wykreować, być może przypomina nawet trochę ją samą. W tym wypadku jednak taka kreacja jak najbardziej pasuje i wnosi coś pozytywnego do całej produkcji.

Czy zabrałabym na ten film do kina znajomych? – myślę, że nie, nie chciałabym żeby byli podobnie jak ja rozczarowani, że film który mógłby okazać się naprawdę dobrą czarną komedią stał się sztampową produkcją kina familijnego. Natomiast poleciłabym go komuś kto szukałby jakiejś odmóżdżającej produkcji, która lekko poprawi mu humor w ponury wieczór.