Rękawicą
starła nalot i zajęła się szukaniem mechanizmu
otwierającego właz. Tak, jak się tego spodziewała,
przycisk "Open" był ciemny. Z plecaka
wyciągnęła łom, którego jeden z końców umieściła
w otworze obok drzwi komory.
Znalazła oparcie dla nóg i rozpoczęła morderczy
wysiłek, mający na celu ręczne otwarcie drzwi.
Rozwarcie włazu na szerokość pozwalającą jej
na prześlizgnięcie się
zajęło prawie dziesięć minut. Będąc już w środku
musiała tym razem zamknąć drzwi, ponieważ system
bezpieczeństwa nie pozwalał na otwarcie następnych
przed zamknięciem wszystkich zewnętrznych. Nie
przejmowała się powietrzem wewnątrz statku,
które albo się skropliło, albo wogóle nie istniało;
na głowie miała inne sprawy.
Przez zmniejszającą się szczelinę zamykającego
się włazu po raz ostatni zerknęła na przyjazne
gwiazdy, odnosząc wrażenie, że przykrywa wieko
własnej trumny.
Z kolejnymi drzwiami poszło jej łatwiej. Znalazła
się wewnątrz obcego
statku. Wszędzie panowała ciemność, wygaszone
były nawet światła awaryjne.
powoli rozejrzała się wkoło.
Światło umieszczone na jej hełmie ujawniało
kolejne ściany, drzwi i napisy w czystym języku
Imperium. Na jednej z grodzi umieszczono zdjęcie
panującego cesarza. Nie znała tej twarzy z żadnych
dzienników. Zdała sobie wówczas sprawę, jak
stary musi być ten statek, a także jak długo
musiał tutaj czekać i dryfować przez gwiazdy.
- Jesteś obrzydliwy - powiedziała do portretu.
- i tyczy się to również twojego syna lub wnuka,
kimkolwiek jest.
Powoli poruszała się naprzód, chwytając się
co pewien czas grodzi, aby nie nabrać zbyt dużej
prędkości. Uszkodzony statek jest pełen różnego
rodzaju ostrych kantów lub innych niebezpieczeństw,
a przy braku grawitacji moment nieuwagi może
być w zupełności wystarczający, aby zostać z
rozerwanym skafandrem lub wylądować gdzieś w
sieci nie izolowanych przewodów.
- No Panie Murphy, jeśli w tej kupie złomu istnieje
chociaż jeden przyrząd pobierający jakąś energię,
to napewno Pan go znajdzie stając na nim - mruczała
sama do siebie.
Wszystko odbywało się bardzo wolno. Na statku
bez jakiejkolwiek energii każde drzwi muszą
być otwierane ręcznie; nawet nowoczesne skafandry
nie są przystosowane do nadmiernego wysiłku
fizycznego. Kiedy pokonała trzy włazy pomiędzy
komorą powietrzną a mostkiem, była mokra od
potu.
Elementy skafandra, odpowiedzialne za utrzymanie
stałych warunków podtrzymania życia, pracowały
pełną parą. Potrząsnęła głową, aby usunąć pot
zalewający jej oczy. Zamiast tego skutecznie
pokryła cienką warstwą pary przednią część hełmu.
Uczepiła się drzwi i cierpliwe czekała, aż system
wentylacyjny z tym się upora.
Przednia część mostka była przykryta przezroczystym
baldachimem, przez który było widać powoli poruszające
się gwiazdy.
W miarę jak statek kręcił się, światło gwiazd
oświetlało coraz to inną część pomieszczenia,
ukazując kształty przyrządów sterowniczych,
główny ekran i trzy fotele usytuowane pod baldachimem.
Z przerażeniem zdała sobie sprawę, że załoga
cały czas zajmowała swoje miejsca.
Wspaniale - pomyślała ze zgrozą. - Zanosi się
na całkiem "przyjemną" wycieczkę.
- Ruszyła naprzód, aby sprawdzić pierwsze zwłoki.
Najbliższy niej mężczyzna siedział w swoim fotelu.
Jego wychudzona twarz bezwiednie wpatrywała
się w gwiazdy. Zwłoki zachowały się w doskonałym
stanie, zamarzły zanim zdążyły je dopaść jakiekolwiek
bakterie. Miał na sobie szczątki jakiegoś munduru;
kieszeń na piersi była przyozdobiona wieńcem
wstęg i medali, a przez szyję miał przewieszony
złoty łańcuch z kolejnym orderem. Według jej
przypuszczeń tylko dyplomata niższego szczebla
mógł coś takiego założyć na siebie.
Pilot
siedzący na przednim fotelu miał na sobie
zwykły szary strój roboczy. Kurtka z wyszytym
na piersi imieniem była tego samego koloru.
Na glowie miał hełm, z którego zwisało kilka
przewodów. Koło ust cały czas unosił się mikrofon,
sprawiając wrażenie, jakby człowiek chciał
jeszcze coś powiedzieć. Jego zaciśnięte ręce
spoczywały na kolumnie sterowniczej, stopy
cisnęły na pedały.
Trzeci mężczyzna wyglądał jakby spał z głową
opartą o zagłówek. Miał zamknięte oczy. Tak
jak pilot był również ubrany w mundur marynarki,
jednak bez widocznych insygnii i oficerskich
stopni. Jego ręce leżały na kolanach, pedantycznie
zaś ułożony był hełm obok fotela. Wyglądał,
jakgdyby na coś czekał.
Przysunęła się bliżej, aby móc dokładniej
mu się przyjrzeć. Nagle, gdy światło jej latarki
objęło mu twarz, mrugnął oczami.
Odskoczyła i hełmem uderzyła w baldachim znajdujący
się nad nią. Chciała krzyczeć, ale strach
skutecznie sparaliżował jej struny głosowe.
Serce waliło jak młot; czuła przepływające
przez jej ciało naprzemian ciepłe i zimne
prądy. Martwy człowiek spokojnie patrzył na
nią. Wpatrywała się w niego z przerażeniem
na twarzy, ściskając w dłoni łom, który był
jej jedyną bronią.
Po krótkiej chwili, która wydawała się wiecznością,
jej wbudowane radio wydało głuchy trzask.
- Proszę, nie bój się. - powiedział spokojnym
głosem.
Rytm bicia jej serca powoli wracał do normalnego
stanu.
Jej ciało bezwładnie unosiło się nieważkiej
kabinie. Nie była nawet w stanie zwinąć się
w kłębek i krzyczeć do utraty tchu.
- Proszę wybacz mi. Nie chciałem cię wystraszyć.
- Wystraszyć mnie? - spytała z niedowierzaniem.
- O mało nie dostałam ataku serca. Zabiłbyś
nas oboje. Mój biomonitor jest podłączony
do generatorów mocy na moim statku.
- Musisz mi wybaczyć - kontynuował niewzruszonym
głosem. - Od długiego czasu pracowałem przy
zmniejszonej mocy, a to nie pozwala na przygotowanie
się na wszelkie ewentualności. Teraz zdaję
sobie sprawę, że byłoby lepiej, gdybym cię
uprzedził o swoim istnieniu.
- Zawsze wiedziałam, że z jakiegoś powodu
nie lubiłam robotów - powiedziała słabym głosem.
- Czy coś takiego robisz dla zabawy, czy może
przypadkiem prowadzisz jakieś bardzo ważne
badania naukowe i sprawdzasz, jak zareaguję?
- Nie chciałem cię wystraszyć. Przepraszam
za to zamieszanie.
Elaine
chwyciła podporę znajdującą się nad nią i
odepchnęła się w dój, by spocząć na przedniej
konsoli. Nawet w stanie mikrograwitacji w
możliwości siedzenia jest coś uspokajającego.
- Sądzę, że jeszcze nigdy nie widziałam doskonałego
ludzkiego robota - powiedziała. - Androidy,
tak. Ale ty w całości musisz być syntetyczny,
inaczej byś nie przeżył.
- Trwałość była głównym założeniem mojej konstrukcji.
- Elaine w jego syntetycznym głosie wyczuła
ton dumy.
- Cieszę się, że ci się udało. Pamiętaj jednak
o zwykłych kruchych śmiertelnikach. Niektórzy
z nas nie są tak dobrze przystosowani do ekstremalnych
warunków ani do zbyt dużych emocji.
Na
chwilę zamyśliła się.
- Tylko ty przeżyłeś? Czy są jeszcze inni,
którzy mogą zaraz wyskoczyć i zrobić "Buu"?
-
Jestem jedynym sztucznym członkiem załogi.
No z wyjątkiem komputera pokładowego, który
od jakiegoś czasu już jest nieczynny. Cała
ludzka załoga zginęła.
Zerknęła na dwa martwe ludzkie ciała, potem
znów na syntetycznego rozbitka, który nie
spuszczał z niej oczu. Na jego twarzy rysował
się jakby uśmiech.
- Od dawna tu siedzisz, nieprawdaż? I gdybym
się nie "napatoczyła", to dryfowałbyś
tak bez końca. Jak długo już tu czekasz?
- Obecna misja tego statku rozpoczęła się
w roku sześćset sześćdziesiątym ósmym po dojściu
do władzy Imperium. Fatalnych uszkodzeń statek
doznał w tym samym roku.
-
Poczekaj... Pierwszy cesarz objął tron w latach
dwa tysiące trzydziestych? Więc sześćset sześćdziesiąty
ósmy wypadałby około roku trzechtysięcznego?
- Pokręciła głową. - Poczekaj chwilę. W owych
czasach nie produkowali tak wyspecjalizowanych
robotów. Kłamiesz.
- Nie oszukuję cię - odpowiedział bez emocji.
- Imperium ze względów ideologicznych stawia
na biotechnologię a nie na robotykę. Mogę
cię jednak zapewnić, że jak najbardziej potrafią
budować takie roboty, jak ja. Główną przeszkodą
są tutaj koszty. Nie opanowaliśmy jeszcze
techniki masowej produkcji, rozpowszechnionej
w Federacji. Ludzkie roboty są więc tylko
wykorzystywane do misji, które mogą usprawiedliwić
dodatkowe wydatki.
- No dobrze, co to była więc za misja, skoro
się tu znalazłeś?
Misją
statku i załogi był szczyt dyplomatyczny Imperium
i rasy Thargoidów.
Elaine opadła szczęka.
- Czy mógłbyś to powtórzyć? - Robot powtórzył
to, co przed chwilą powiedział.
- Negocjowaliście... z Thargoidami? Widzieliście
ich? Kontaktowaliście się z nimi?
- Nawiązaliśmy kontakt ze statkami Thargoidów
- potwierdził.
- No, a co wydarzyło się dalej?
- Zaatakowali nas.
Elaine zaśmiała się.
- Wcale mnie to nie dziwi - powiedziała. -
Sądziłam, że Wspólnota zdawała sobie sprawę,
iż Thargoidzi będą się raczej bić niż rozmawiać.
- O naszej wyprawie Wspólnota nic nie wiedziała.
Naszym sponsorem było wyłącznie Imperium.
Elaine po raz drugi ze zdziwieniem spojrzała
na robota. W głowie miała mętlik.
- I co dokładnie mieliście im powiedzieć?
- spytała niepewnie.
- Cesarz wzamian za pomoc w pokonaniu federacji
chciał zaproponować im przymierze. Przejęte
systemy Federacji miały być równo podzielone
pomiędzy Imperium a Thargoidów.
- Proponowaliście... podpisanie przymierza...
z wrogiem? Chcieliście oddać połowę ludzkiej
populacji w ręcę obcej rasy? Jak mogło coś
takiego przyjść wam do głowy? Jak mogliście
brać w tym udział?
- Nie moja rasa - odpowiedział na zarzuty
robot. - Sprawy organicznych form życia nie
są moją sprawą.
- Oh, wspaniale. Bardzo odpowiedzialnie zachowanie.
Czy masz jakie kolwiek poczucie lojalności?
- Zostałem zaprojektowany by posłusznie wykonywać
wszystkie polecenia - stwierdził robot.
- Nie o to pytałam - pokręciła głową. - Mogłam
się domyślić. Fakt, iż Imperium było gotowe
sprzedać połowę ludzkości, nie powinien mnie
zaskoczyć.
- Nie tylko Imperium.
|